Pornohagen: Grzeszyć i się cieszyć (wyd. własne, 2009)

niedziela, 6 grudnia 2009

Strasznie są płodni; już się pogubiłem, które to wydawnictwo. Zdaje się, że drugie długogrające, a było jeszcze sporo EP-ek. Można by powiedzieć, że ilość zwykle nie idzie w parze z jakością. Ale w tym szaleństwie jest metoda, bo Grzeszyć i się cieszyć jest pierwszą płytą łodzian, która prawie mi się podoba. Prawie jako całość, bo pojedyncze utwory są naprawdę niezłe. Jedno się nie zmieniło i raczej nigdy nie zmieni: nie ma szans na polubienie wokalu Pawła Strzelca. Jest taki wkurzający! Ale to jest rock’n’roll, w dodatku rock’n’roll, który wprawia w stan lekkiego podkurwienia, więc taki wokal jest na miejscu. I tak, napiszę to: szacun dla zespołu za konsekwencję, za olewanie trendów, łatwej sławy, za własną drogę. Są bezkompromisowi i niezależni. Płacą za to swoją cenę, to prawda - żadna wytwórnia nie chce ich wydawać.

Grzeszyć i się cieszyć to pochwała hedonizmu i rokendrolowego stylu życia. Alkohol, dragi, szybki seks, imprezy do rana – wszystko tu jest. Picie na umór i nie ma przyszłości. Może i szczeniackie, ale chyba każdy z nas przez to przechodził. Jedni z tego wyrośli, inni przypłacili to życiem. Nie żebym życzył tego chłopakom z Pornohagen. Nie ma jutra/ Każdy to wie/ Nie ma żadnych świętości/ Oprócz boga radości/ Zwiększamy ciśnienie krwi/ Mamy na to sposoby/ Wiemy jak to się robi/ Żeby czar do rana trwał/ By utrzymał się błogi stan (Amfetamina). Postawa skrajnie defetystyczna, wycofanie się w głąb wąskiego środowiska – to postawy reprezentowane przez młodego człowieka z piosenek Pornohagen. Unikanie wszelkiej odpowiedzialności, strach przed związkiem i stabilizacją – tylko tyle pozostało po opiewanych na wcześniejszych płytach kontaktach damsko-męskich. Stąd pewnie ta rada dla współbraci: Nie obiecuj/ Nic nie musisz/ Gdy zostaniesz/ Wpieprzysz się po uszy (Hydronajt).

Muzycznie mamy do czynienia z prostym rock’n’rollem granym na dwie gitary i sekcję. Zero klawiszy, żadnych tanecznych rytmów. Jest za to sporo bezczelnych melodii i punkowego hałasowania. Niektóre motywy potrafią zaczepić się w głowie na dłużej. Parę rzeczy mi się podoba, choćby dynamiczne Tańczę, konam, urozmaicone rytmicznie Grzeszyć i się cieszyć, intensywny refren i backing vocals w Kpinach, czysta adrenalina riffów w Królu życia, wreszcie ciekawszy sposób śpiewania Strzelca w Papierosach. Słychać szczerość i pasję w tym graniu. Szkoda tylko, że brzmi to tak kiepsko. Mimo iż było jakieś studio na drodze między salką prób a tłocznią, to jednak było to słabe studio. Tak mało oryginalna muzyka, aby zaistnieć, wymaga sporo pracy nad brzmieniem, czegoś, co by ją wyróżniło z masy podobnych dźwięków. Może na następnej płycie? Bo zespół już zapowiada kolejne wydawnictwa: najpierw EP-kę, potem album długogrający. Oni po prostu nie mogą żyć bez grzechu. [m]




Strona zespołu:
http://www.pornohagen.pl

Read more...

Kolorofon: Kpt. Skała (Myszka Records/ Mystic, 2009)

wtorek, 1 grudnia 2009

Nareszcie! Sześć lat po Echoes The Rapture i cztery lata po Always Never Again Supersystemu mamy wreszcie pierwszą polską płytę dancepunkową. Trochę to trwało, ale nie oszukujmy się, kto miał to zrobić jeśli nie autorzy genialnych Zapałek? Chłopaki z Kolorofonu długo rzeźbili swój debiut, ale jest i – niech to diabli – warto było poczekać! Kpt. Skała to dziesięć kompozycji, z których dziewięć będzie absolutnie niezbędne do życia każdemu, kto choć raz ich posłucha. A dziesiątą z czystym sumieniem można anihilować, wykonując na płycie głęboką rysę cyrklem lub innym ostrym narzędziem.

Wydawać by się mogło, że gatunek, o którym wspomniałem w pierwszym akapicie, jest już na wymarciu, a jego nieliczni przedstawiciele zdychają gdzieś w kąciku nie wzbudzając zainteresowania organizacji ekologicznych. Giganci albo się rozpadli, albo zaczęli grać disco. A tu proszę, jak Feniks z popiołów, odradza się dance punk na ziemi polskiej, silniejszy, bo wzmocniony domieszkami innych stylów i subgatunków.

Śmielej – ta zachęta była potrzebna wszystkim. Zespołowi, że warto grać taką wychodzącą z mody muzykę, słuchaczom, że wyeksploatowany niemiłosiernie gatunek ciągle może zaoferować świeże i ekscytujące wrażenia. Długie, transowe intro, monotonny wokal, nakładające się na siebie partie gitary i syntezatorów, wreszcie potężne riffowe pierdyknięcie – zapowiadają, że będzie się działo dużo ciekawych rzeczy. Czy krowi dzwonek jest na miejscu? Tak jest, gotów do akcji! Numer pierwszy płynnie przechodzi w nieśmiertelne Zapałki. To dokładnie ta sama wersja znana już od półtora roku, minimalnie podrasowana w nowym miksie. I ciągle wymiata! Ten bas, ten rytm! Jest dobrze. A będzie jeszcze lepiej, bo Dobrze, że jesteś to najlepszy sposób, by wyznać miłość wybrance/wybrankowi. Numer gitarowy, jazgoczący jakby czas cofnął się do epoki kultowej różowej kasety Starych Singers, a jednocześnie zupełnie współczesny za sprawą delikatnego wokalu i rozkosznych handclapsów. Słuchamy:




Dajcie mi chwilę, muszę odetchnąć głęboko, bo ci goście postawili mój świat na głowie (na niecałe cztery minuty, ale zawsze) następnym kawałkiem – Funktime. Zgodnie z tytułem, jest rytm, któremu nikt się nie oprze. Genialne nowojorskie zwrotki zderzają się z frenetycznymi londyńskimi refrenami. Odjechałem. Fairytale to żarcik z fanów ponurych post-joydivisionowskich epigonów. Grobowy głos Piotra Mazurka, nachalnie taneczny rytm i rzężąca gitara dają niezłego kopa. Szkoda, że nie poszli na całość i nie zmasakrowali końcówki tak naprawdę i do szczętu. Mam wrażenie, że stać ich na to. Za to w ramach tzw. puszczania oka, w epilogu zapodają zadzierzystą solóweczkę, której nie powstydziliby się Mitch&Mitch. Łobuz to również dobrze znany numer – i na płycie wypada bardzo solidnie, nasączony elektroniką, z fruwającymi stylowymi klawiszami. Chciałbym jest chyba najdziwniejszym nagraniem w zestawie (pomijając to ostatnie do usunięcia). Mamy tu mocny bit, agresywny wokal, dużo hałaśliwej, hip-hopowej syntetyki, a do tego potężną sekcję dętą! Robi to naprawdę duże wrażenie, zwłaszcza finał z szalejącymi dęciakami. Nowy Orlean kłania się breakbeatowi – takie mamy zwariowane czasy.

Bomba atomowa. Czy jest jeszcze ktoś, kto nie zna tej piosenki? Jeśli tak, to w skrócie: charcząca gitara na wstępie, śliczniutki popowy motyw w środku z wokalami a la Mysłowice, połamane dźwięki w końcówce i kontrolowane sprzężenie na finał. Ładne, słodkie, niepokorne. Taki pop dla dewiantów (którymi wszyscy tu jesteśmy). Sensownie zamyka płytę znowu klasycznie taneczna Ściera, z bardzo fajnym refrenem, klaskaniem i kawałkiem wokalnym, który strasznie mi się kojarzy ze Ścianką.

Szkoda, że z numerem dziesiątym jest ten kuriozalny Kapitan Skała, utrzymany w dansingowym, pseudojazzowym klimacie. Takie rzeczy to niech sobie gra Maleńczuk, a nie taki zespół jak Kolorofon!

O tekstach się nie wypowiadam, bo raz, że wokale są bardzo schowane i czasem po prostu trudno zrozumieć, co śpiewa Mazurek, a dwa, że są na tak wysokim poziomie abstrakcji, że każdy zinterpretuje je inaczej. Bywają całkiem zabawne, ale dociec o co w nich chodzi będzie trudno.

Dali radę? Dali. Płyta mogłaby brzmieć trochę lepiej, ale i tak dostarczyła mi mnóstwo frajdy. Dobrej zabawy i wam. [m]

Żeby podtrzymać szampański nastrój Funktime:




Strona zespołu:
http://www.myspace.com/kolorofon

Read more...

Zerova: Hello Tree (FDM, 2009)

poniedziałek, 30 listopada 2009

Casus labelu FDM wywołał spory oddźwięk w Internecie. To powstałe w 2008 roku wydawnictwo za cel wzięło sobie promocję muzyki alternatywnej w Polsce. Kontrakty zostały podpisane, nagrania ruszyły z kopyta. Po czym pojawiły się komplikacje. Problemem stało się znalezienie odpowiedniego dystrybutora, dzięki któremu płyty mogły się znaleźć na półkach sklepowych. Wyprodukowane egzemplarze zalegały w magazynach, premiery krążków systematycznie odkładano, a muzycy nie dysponowali prawami do sprzedaży albumów własnym sumptem. W końcu wydawnictwo zdecydowało się na desperacki ruch. W ramach protestu przeciwko panującym mechanizmom rynkowym postanowiło rozdać płyty za darmo. Od 23 listopada w posiadanie płyt mógł wejść każdy, kto wypełnił formularz zamówienia na stronie wydawnictwa. Jedyne koszty to opłata za przesyłkę pocztową - 4 zł. Krążek Zerovy obok płyt Popo i New Century Classics jest właśnie tym, którego dotyczy owa specyficzna promocja.

Historię zespołu pewnie już wszyscy znają. W skrócie: decyzja o powstaniu zespołu zakiełkowała niedługo po koncercie Múm, w którym to uczestniczyli muzycy. Zaczęli nietypowo jak na polskie standardy - ich debiut I Think We’ve Lost ukazał się w barwach szkockiej wytwórni Herb Recordings. W Polsce niedługo później wydali EP-kę We All Hum Sometimes (Acoustic Apples). Wydawnictwo dość zaskakujące, gdyż opierało się głównie na akustycznych dźwiękach gitar, z elektroniką ograniczoną do minimum.

Podobno muzycy komponują z zamkniętymi oczami. Dzięki temu mogą przenieść się na nieskażone cywilizacją tereny kresowych rubieży. Wczuć się w rytm natury, poczuć tętno przyrody i dać się porwać urokowi miejsc, które powoli odchodzą w zapomnienie. Mimo, że muzyka Zerovy w większości oparta jest na laptopowej elektronice, to idealnie oddaje bajkowy klimat fantastycznych krain pełnych nostalgii, uroku i zapomnienia. Sam zamykam oczy i widzę hasające po łąkach elfy, pijące źródlaną wodę jednorożce czy rozbrykane centaury. Ekipie z Białegostoku w popisowy sposób za pomocą trzasków i łagodnych bitów udaje się uchwycić delikatną i ulotną atmosferę Nibylandii.

Na Hello Tree muzycy otwierają oczy. Pierwsze sekundy nie są miłe. Znajdują się w nieznanym sobie miejscu, są przestraszeni i skołowani. Gdzie jesteśmy? Jak się tu znaleźliśmy? Taki jest otwierający album Error. Mroczny, duszny, klaustrofobiczny. Pełen niepokoju. Dźwięki elektroniki przypominają odgłosy konsoli statków kosmicznych ze starych filmów sci-fi. Dzięki temu mam wrażenie, że omawiane wydawnictwo to opowieść nawiązująca do klasycznych dzieł ekologicznej fantastyki naukowej. Dla przykładu Słowo las znaczy świat Ursuli LeGuin. Tytułowe drzewo to miejsce zmagań dwóch opozycyjnych przejawów natury ludzkiej. Chęci do niszczenia i dążenia do harmonii z naturą.

Cieszę się jak głupi mogąc śledzić tę historię. Czuję się jednym z jej bohaterów. Po początkowym zagubieniu odkrywam wspaniałość przyrody zrodzonej pod obcym słońcem (Savage The Circle). Napotykam tytułowe Drzewo, strażnika i mądrość całej planety (Hello Tree!). Za sprawą Planety ponownie robi się niespokojnie. Ktoś zły chce zrównać z ziemią te wszystkie cuda kierując się chęcią zysku: I’ll pinch you skin and pull your tooth/ And then I’m gonna break your leg/ I’ll drain your blood and plug your ears/ This is my plan to make you mad. Na szczęście wszystko dobrze się kończy w postaci prześlicznych Pavement i Foll’a. Jednak i ta podróż dobiega końca. Czas na pożegnanie (Ending Now Ending).

Oczywiście to moja prywatna interpretacja płyty. Teksty są introwertyczne i wskazują raczej na osobiste, subtelne relacje dwojga osób. Nie zmienia to faktu, że Zerova czaruje melancholijnym, pełnym tęsknoty klimatem. Rozśpiewała się Maja Chmurkowska. Jej głos niesie ze sobą cały ładunek emocji. Proszę sobie przypomnieć kobiece wokale w twórczości Massive Attack. Osobowość Mai to ta sama glina. Wtóruje jej Paweł Dudziński. Uczucie wiatru i przestrzeni to głównie jego zasługa. Dobrym tego przykładem jest High Speed 80, w którym każdy z głosów ma do opowiedzenia swoją historię, uzupełniając się komplementarnie.

Moje ulubione kawałki? Na pewno Krater z niespotykanym hałasem pod koniec. Oczywiście Savage The Circle z charakterystycznym dla zespołu dźwiękiem akordeonu (dlaczego jest go tak mało?). Króciutki Inremission #1 przypominający akustyczne wydanie grupy. Notwistowa Planeta z jakże wstrząsającym tekstem. Czy Tatula River z podskórnym rozedrganiem. Dobre wrażenie psuje jedynie tytułowe Hello Tree! z dość plastikowym motywem przewodnim oraz zbyt rozlazłe Ending Now Ending.

Płyta została nagrana by leczyć skołatane nerwy. Bez recepty. Nie trzeba czytać ulotki. Przedawkowanie nie grozi; skutków ubocznych brak. [avatar]

Tatula River:



Strona zespołu:
http://www.myspace.com/zerovaband

Read more...

Saluminesia: Sprzedając pamięć (2.47 Records, 2009)

Niech was nie zwiodą słodkie buzie chłopców z zespołu Saluminesia. Nie są tacy młodzi, na jakich wyglądają. Jednak patrząc na ich dotychczasowe dokonania, trzeba im przyznać jedno: są na pewno przedsiębiorczy. Pochodzą z Sopotu, powstali w 2004 roku. I od tego momentu wiodło im się całkiem nieźle. Nawet nie wspominając o promowaniu ich przez radiową Trójkę, samo pojawienie się w 2008 w opolskich Debiutach to duża sprawa. Ale teraz mamy rok 2009 i oto otrzymujemy debiutancki krążek zespołu o wdzięcznej nazwie Sprzedając pamięć. A zespół to kwartet złożony z Remigiusza Augystyniaka odpowiedzialnego za wokal, Antoniego Budzińskiego (gitara), Grzegorza Kropacza (bas) oraz Janka Budzińskiego (perkusja).

Nawet dla takiego laika radiowo-telewizyjnego jak ja Miłość jest utworem zapadającym w pamięć. Nie przez jakoś super chwytliwą melodię, lecz z powodu częstotliwości pojawiania się jej w mediach. Co więcej, na płycie jest to pierwszy w kolejności utwór. Czyli co, reszta to tylko odcinanie kuponów od jednego przeboju? Nie do końca, jednak mamy tu do czynienia z muzyką jednorodną stylistycznie. Wiem, że to porównanie pojawia się w każdym tekście o zespole, lecz naprawdę nie da się o tym nie wspomnieć. Wyobraźcie sobie mieszankę Myslovitz i Wilków, z trochę bardziej łagodną wersją Much i warstwą tekstową rodem z Happysad. Wychodzi właśnie Saluminesia. Jedenaście grzecznych piosenek dla młodych indie-panien. Bo są to teksty o miłości głównie, czy też o szeroko rozumianych relacjach damsko-męskich. Dużym plusem jest na pewno fakt, że grupa skupiła się na śpiewaniu w języku polskim, co jak sami wiemy, nie jest ostatnio popularne. Z drugiej strony, wyszły z tego niezłe cuda. Moją osobistą perełką jest fragment utworu Herbata z cytryną: Nieuleczalnie przenikam przez ściany/ Wybieram te ładne, wytapetowane/ By z Tobą pić herbatę z cytryną. To jeszcze nic. Dalszy ciąg brzmi: Nie widzę nic, nie słyszę nic/Ii czekam na chwilę, gdy będziesz blisko/ Jak wtedy, gdy padał śnieg. W tym miejscu możemy dzięki skojarzeniu zanucić sobie „klasyka”: Prawie do nieba wzięłaś mnie/ A wtedy padał śnieg. Jeżeli to jest wielka poezja, to przepraszam, ja tego nie łapię.

Bądźmy jednak poważni. Sprzedając pamięć to płyta, która zawiera duży potencjał przebojowości. Umieszczone zostały na niej zgrabne, dobrze wyprodukowane numery, które bez problemu wpadają w ucho. Weźmy na przykład Nie mówmy. Można pokiwać sobie głową do tej melodii, gitary ładnie brzmią w tle, pojawiają się standardowe momenty wyciszenia. I tak w sumie można by opisać każdy utwór. Nie wiem, czy fakt, że materiał został dobrze skrojony, może być zarzutem. Jednak brak mi na tej płycie czegoś, co przykułoby moją uwagę na troszkę dłużej, jakiegoś pazura, nerwowego pulsu. Bo niby wszystko brzmi ładnie i zgrabnie, lecz w sumie wychodzi trochę nijako. A dodając do tego dość banalną warstwę tekstową i specyficzną manierę wokalisty, nie wszyscy będą chcieli wrócić do tej płyty.

Pozytywnym aspektem jest to, że zespołowi udało się pokazać innym grupom, że jak się chce, to można przebić się do głównego nurtu i szerokiego rynku. Pytanie, za jaką cenę, pozostawmy otwarte. [spacecowboy]

Nie mówmy:



Strona zespołu:
www.saluminesia.pl

Read more...

Indigo Tree: Lullabies Of Love And Death (Ampersand, 2009)

piątek, 27 listopada 2009

Indigo Tree jest w modzie. Gdzie nie klikniesz, tam wyskakuje recenzja albo wywiadzik. Ludzie, odbieracie nam robotę! Co spowodowało, że ludność cywilna, zwykle kompletnie niezorientowana w temacie brodatych gości z gitarami tak się zainteresowała podwrocławskim duetem? Czyżbyśmy byli świadkami masowych nawróceń na dobrą muzykę? Jeśli tak jest w istocie, to stanę w pierwszym szeregu i zaśpiewam alleluja.

Moda czy przebudzenie, wszystko jedno. Płyta duetu Peve Lety (coś jakby przestawione Pete Levy) i Filipa Zawady jest tak skromna i tak urocza, że aż nie zasługuje na taki rozgłos. Nie zrozumcie mnie źle, podoba mi się bardzo, ale to ten rodzaj muzyki do hołubienia i ukrywania przed innymi. Ci dwaj goście to nie jest materiał na gwiazdorów. Nie chciałbym, żeby grała ich Zetka, żeby występowali w telewizji śniadaniowej, a Gala zrobiła fotoreportaż z ich próby w garażu (uporządkowanego wcześniej przez stylistów). To jest muzyka do grania w małych klubach, do słuchania w samotności. Nie chce mi się czytać kolejnego tekstu stworzonego metodą kopiuj-wklej (Peve Lety – bard gitarowy). Dobrze, że jestem spóźniony, przynajmniej nie znajdę tej recenzji na Allegro.

Wszyscy już wyeksploatowali porównania do Animal Collective i Neila Younga (kurde, a tak chciałem nawiązać do Neila Younga). No więc nie będzie żadnego szpanowania nazwiskami. Napiszę tylko, że miło się słucha tych ballad o miłości i śmierci. Chociaż chłopaki są zbyt młodzi, by mieć na ten temat coś do powiedzenia, więc teksty zostawię w spokoju. I tak śpiewają po angielsku, a kogo tak naprawdę obchodzi, o czym są teksty po angielsku? Płyta ma swój klimat. Niby łagodny i ulotny, a jednak chwilami mroczny i klaustrofobiczny. Mimo że pozbawione perkusji, piosenki mają puls znacznie bardziej wyrazisty niż kompozycje np. Twilite. Wokal Lety’ego, niby rozmarzony, potrafi wznieść się w rejony tłumionej histerii. Jest tu jakieś podprogowe napięcie, jednak nigdy nie osiąga stanu wywołującego u słuchacza dyskomfort. Niby się relaksujemy, ale ciągle pozostajemy czujni, podświadomie wietrząc w ładnych melodiach ukrytą w cieniu grozę.

Dobre momenty. Sporo ich. Więc te naprawdę dobre momenty. Burnt Sugar z cudownie niepokojącą atmosferą i zakończeniem zagranym na sprzęgającej gitarze. Blue My Eyes – zjawiskowa melodia wyzwolona z przesterowanych wzmacniaczy w tak uroczo niedzisiejszy sposób. Ptasi wokal 45-sekundowego Car Wheel. Ballada brzmiąca jak nagrana w przedpokoju – Halfway. Prosty klawiszowy motyw i stukanie pałeczkami w Dark Are The Days. Leniwe brzdąkanie gitary w House Of Evil. Wreszcie zamykająca płytę klasyczna songwriterska kompozycja I Love You Baby Sweet.

To tak osobista i delikatna płyta, że powinna natychmiast zniknąć z wszystkich mediów masowego rażenia. Niech się zajmują aferami i katastrofami. A Kołysanki niech każde z nas przeżywa samodzielnie. [m]

I Love You Baby Sweet:







Strona zespołu:
http://www.myspace.com/indigotree

Read more...

  © Blogger templates Newspaper by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP