Sza/Za: Przed południem, przed zmierzchem (Lado ABC, 2009)

czwartek, 12 listopada 2009

Trochę zwiędły mi uszy, gdy włączyłem do odsłuchu podesłaną przez szefa [szefa??? – dop. m] płytę. Ale skoro zaklepałem tekst - słowa trzeba dotrzymać. Gdyż Przed południem, przed zmierzchem jest płytą, którą śmiało można zaliczyć do muzyki poważnej. Słowo się rzekło, dlatego potraktowałem recenzję jako wyzwanie.

Duet Sza/Za tworzą Paweł Szamburski i Michał Zakrocki. W świecie jazzu to całkiem znane osoby. Pan Szamburski to utalentowany klarnecista, udzielający się w wielu składach. Chyba najbardziej znanym jest Horny Trees. Z kolei pan Zakrocki jako utalentowany skrzypek dał początek kilku innym formacjom. Google podają takie nazwy jak Tupika czy Galimadjaz. Wiadomo, Polska jazzem stoi - tu mamy kolejną formację muzyków, którzy najwidoczniej cierpią na rozimprowizowane ADHD.

Omawiana płyta to zapis muzyki, która powstała do dwóch przedstawień teartalnych w reżyserii Pawła Cieplaka Sentimental Piece for 4 Actors i Before Noon, Before Dusk. Co fajniejsze, w trakcie przedstawień duet występował na żywo ozdabiając grę aktorską dodatkową formą ekspresji.

Jak napisałem wcześniej, Przed południem, przez zmierzchem jest „poważną” płytą. Na szczęście pozbawioną oczekiwanej nudy i archaicznego patosu. Jednakże czytelnicy bloga nie znajdą w propozycji duetu nic, do czego przyzwyczaili się w dźwiękach płynących ze słuchawek. Nie ma sekcji rytmicznej. Nic nie pcha kompozycji do przodu, nie tupniemy bezwiednie nogą w rytm utworu. W dodatku to praktycznie instrumentalne wydawnictwo, gdzieniegdzie pojawiające się pojedyncze wyrazy traktowane są jako ornament. Tak więc czym może tek krążek zainteresować statystycznego słuchacza? Przyzwyczajonego do klasycznej struktury zwrotka - refren, tolerującego improwizacje na przestrzeni zaledwie kilkunastu minut? Cóż, niczym. Gdyż słuchacz w tym przypadku skazany jest na rolę drugorzędną. To on musi poświęcić czas, odłożyć na bok rzeczy ważne i nieważne, wyczyścić myśli i pozwolić na podprogowy przekaz.

Podobno dobra muzyka filmowa to taka, której nie słychać w filmie. Całkowicie podporządkowana akcji i niewybiegająca na pierwszy plan. Podobnie jest z muzyką teatralną. Ma mieć charakter ilustracyjny, potęgować emocje wyzwalane na scenie. Płyta Sza/Za wyśmienicie się w tym aspekcie sprawdza. Na tym dwupłytowym wydawnictwie ciężko wyróżnić jakiś motyw główny. Pojedyncze utwory również snują się przez kilka minut pozbawione przewodniej myśli. Lecz nie są bez wyrazu. Panowie Zakrocki i Szamburski robią wiele, by każdy z nich był naznaczony charakterystycznym sznytem.

Tak więc mamy na pokładzie klarnecistę i skrzypka zaprawionego w improwizowanych bojach. Dołóżmy do tego delikatną elektronikę i dajmy poszaleć wyobraźni. Otrzymamy szesnaście wyrafinowanych kawałków; każdy z nich tętniący życiem i służący jako podkład do światów wygenerowanych na teatralnych deskach. Moim ulubionym jest Jura, głównie za niespokojne kotły w tle i nieco klezmerski klimat. Ładne wrażenie robi też Smiling To Death. Brzmi jakby muzycy poprosili o remiks Zerovę. W Nokturnie jest coś z klimatu Jacaszkowych Trenów. Tylko klarnet robi o wiele cieplejszą atmosferę. Bardzo zabawne jest Enerde. Gdyby 8rolek trochę się uspokoił, uzyskałby podobne brzmienie. Hardcore Fuck tworzy interesujący nastrój przyczajenia, niestety nie kończy się wyczekiwaną eksplozją lub choćby kilkoma sekundami hałasu...

Cóż, poświęcenie półtorej godziny tylko i wyłącznie płycie dostarcza całkiem miłych i wyrafinowanych wrażeń muzycznych. W każdym innym przypadku to muzyka tła, służąca skrobaniu ziemniaków, prasowaniu koszul i rozmowom na gg. To jednak kultura wyższa, którą chcemy doznawać, ale która odrzuca właśnie poprzez swoją flegmatyczność, nieśpieszność i ciszę. Nie zostaje w głowie żaden motyw, który można zanucić, ciało drętwieje od długiego leżenia i wsłuchiwania się, byle wychwycić każdy szczegół. Dobra na krakowski spleen, na melancholię ale zupełnie nie przystosowana do szybszego trybu życia. Dlatego wielki szacunek dla tych, którzy mogą sobie pozwolić na powrót do krążka; osobiście mam na to coraz mniej czasu… [avatar]

Strony artystów:

Read more...

Pustki: Kalambury (Agora, 2009)

środa, 11 listopada 2009

Nie jest łatwo napisać dobry tekst piosenki po polsku – wiemy o tym dobrze. Skoro to takie trudne, to czemu nie skorzystać z gotowych? Pustki są mistrzami w przerabianiu wierszy na piosenki. Ich doświadczenie nabyte podczas udziału w składankach w hołdzie Gajcemu czy Wyspiańskiemu procentuje właśnie wydaną płytą Kalambury, na której zebrali te i zupełnie nowe utwory wykorzystujące ten patent. Zrobienie piosenki z wiersza też nie jest łatwe, a jednak zespół radzi sobie z tym wyzwaniem w sposób zadziwiająco intuicyjny, instynktownie wyczuwając, jaką aranżacją ozdobić wybrany tekst. W efekcie mamy – uwaga – najlepszą płytę zespołu Pustki. Nawet nie najlepszą od czasów Do-mi-no. Po prostu najlepszą. Dzieło życia. Przynajmniej do następnego wydawnictwa :)


Kalambury są lepsze od wszystkich poprzednich płyt Pustek: mają szybsze tempo (pod tym względem ślamazarny Koniec kryzysu zawodził), więcej energii, powracają do bardziej gitarowego brzmienia. Wreszcie teksty – napisane przez mistrzów wiersze są perfekcyjne językowo i rytmicznie. Takie nazwiska jak Tuwim, Broniewski, Słonimski, Leśmian mówią same za siebie. Jedyną niewiadomą mógł być klimat całości, bo jak połączyć apokaliptyczne strofy „kolumbów” z archaizmem Wyspiańskiego i dziecięcą radością życia z wiersza Danuty Wawiłow? A jednak udało się, Pustki śpiewają i o zakrwawionych ulicach Warszawy, i o łamaniu ołówków - i wszystko do siebie pasuje. Nie ma żadnego dysonansu.

Pisząc o samych kompozycjach będę miał trudny orzech do zgryzienia. Które z nich wyróżnić? O każdej piosence można by napisać kilka zdań. Bo każda coś w sobie ma, jakiś pustkowy haczyk, który sprawia, że nie chce się od ciebie odczepić. Spróbuję wymienić kilka, które podobają mi się (teraz) najbardziej. Otwierająca płytę Trawa z tekstem Tuwima to znakomity przedsmak tego, co będzie się działo w dalszej części. Nastrojowe zwrotki zaśpiewane przez Basię i Radka i ta kapitalna żelazista gitara wdzierająca się w mózg w drugiej minucie. Znój hipnotyzuje miarowym, prostym, ale cholernie intensywnym rytmem. I ten chóralnie odśpiewany refren do słów Leśmiana... Rewelacja. W ogóle Leśmian sprawdza się w dzisiejszych czasach – jest niejednoznaczny i uniwersalny, co potwierdza kolejna piosenka, Wiedza. Zachwycają wokalizy Basi, która na tej płycie wykonuje rewelacyjną pracę, nawet w tych piosenkach, w których rolę głównego wokalisty przejmują goście. Bo są i goście. Artur Rojek wzruszająco osobiście zaśpiewał tekst Radka Łukasiewicza Nieodwaga (jedyny „niepoetycki” tekst na albumie) – może dlatego, że przypomina jego piosenki z czasów Lenny’ego Valentino. Katarzyna Nosowska pełnym napięcia głosem odczytała Notes Słonimskiego. Minimum środków, maksymalnie porażający efekt – zwłaszcza jeśli dodać do tego klawesynowy efekt klawiszy i wokalizę w stylu najlepszej Tori Amos. Miazga.

Ale to przecież jeszcze nie wszystko! Cudownie baśniowo wypada Dłoń zanurzasz we śnie (znowu Leśmian!) z leniwym akompaniamentem sekcji rytmicznej i trzeszczącą końcówką. Jak zwykle doskonale spisuje się Wesoły jestem – łącznik zaczynający się w okolicy 1.40 jest idealnym przykładem tego haczyka, o którym wspominałem na początku. Jakżesz ja się uspokoję ciągle wywołuje dreszcze. A rosyjsko brzmiące gitary w Wierszu o szukaniu upajają przestrzenią i tęsknotą. No i jeszcze Pożałuj mnie! – po takiej dawce melancholii następuje zaskakująco optymistyczny i wesoły numer do słów Danuty Wawiłow, autorki wierszy dla dzieci.

Okej, wiem, że wymieniłem prawie wszystkie kawałki na płycie, chociaż miały być tylko te ulubione. Kalambury są po prostu tak świetnym albumem, że nie sposób któryś pominąć. Rzecz obowiązkowa dla każdego fana polskiej alternatywy. [m]

Pożałuj mnie! (może singiel nr 2?):







Strona zespołu:
www.pustki.pl

Read more...

George Dorn Screams wypuszczają EP-kę i ruszają w trasę

poniedziałek, 9 listopada 2009

EP-ka ukaże się 19 listopada i nosi tytuł The Large Glass. Podobno zespół pokazuje się na niej z nieznanej strony, a Magda Powalisz śpiewa w duecie z Girthem McGarthem, wokalistą noise'owej formacji Ed Wood. Czekamy!

Trasa:

  • 2009.11.19 Poznań, W Starym Kinie (+ Tin Pan Alley)
  • 2009.11.20 Wołów, WOK (10. Baraque Festival)
  • 2009.11.21 Brno, Sklenena louka (+ Awberah)
  • 2009.11.22 Kraków, Re (+ Bad Light District)
  • 2009.12.04 Szczecin, Delta (+ 3moonboys)
  • 2009.12.16 Warszawa, Stodoła (support przed Myslovitz)



Zdjęcie: Kasia Krawczyk

Read more...

Duża dawka dobrej muzyki na 11. Baraque Festival w Wołowie


Read more...

Prząśniczki: Pokolenie Wigry 3 (Biodro Records, 2009)

sobota, 7 listopada 2009

To nie jest nowy zespół, to nie jest młody zespół. Szczerze mówiąc Prząśniczki to takie undergroundowe dziadki. Weterani bujnych lat 90. Mój Boże, oni istnieją już prawie 15 lat i dopiero wydają debiutancką płytę! No może nie do końca. Coś tam w przeszłości było – jakieś taśmy demo, jakaś EP-ka, składanka w hołdzie Frankowi Zappie... Ale dopiero Pokolenie Wigry 3 to pełnoprawny, oficjalny, profesjonalny itd. album grupy z Łodzi. Przy okazji, ilu z was pamięta jeszcze rowery Wigry?

Zaleciało muzeum, ale nie chciałbym traktować Prząśniczek jak dinozaurów, a ich płyty jak wykopanej przez muzycznych archeologów skamieliny (w postaci kasety BASF?). Nie ma takiej potrzeby, choć jeśli spojrzymy na konwencję – zwaną na naszych łamach polovirusizmem – trudno oprzeć się uczuciu deja vu. To już było i to było w lepszym wydaniu. Stop. Tu jest pewien problem. Prząśniczki grają jakby mieli cholerne silniczki w łapach. Są po prostu świetni, potrafią zagrać wszystko: punka jakby byli starymi panczurami, jazz, jakby nie grali nic innego oprócz standardów jazzowych, big beat – jakby się kolegowali z Czesławem Niemenem w czasach Dziwnego tego świata. Ich umiejętności muzyczne i kompozycyjne są naprawdę imponujące – i nie doszukujcie się w tych słowach ironii. Naprawdę. Natomiast tekstowo i wokalnie... tak, to jest ten problem, o którym wspomniałem. Tekstowo jest biednie. Jak by się nie starali, i tak nie dorównają Tymańskiemu w złośliwości i – to równie ważne – maestrii w posługiwaniu się polszczyzną. Teksty są jakieś takie... płaskie. Niby zabawne, niby z jajem i pieprzem, ale nie porywają. Nie spowodują mimowolnego rechotu pełnego jadowitego zrozumienia. No i wokal. Doceniam starania Suavasa, by być wszechstronnym i elastycznym śpiewakiem, jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że słucham pieprzonego księdza na pielgrzymce (sorry za dość dziwne połączenie słów „pieprzony” i „ksiądz”. Może odrobinę ryzykowne). Z tych oto powodów nie zasłuchuję się płytą Prząśniczek z zachłannością nałogowca. Z tych właśnie powodów wolę utwory, w których nie ma zbyt wiele tekstu do zaśpiewania.

Trochę szczegółów. Płytę otwiera jeden z tych żartów, które zwykło się kwitować: ha ha, ale śmieszne. To znaczy miało być śmiesznie, a wyszło tak sobie. Hydraulic to toporny, brutalny punk rock okraszony świdrującymi solówkami. Nie wiem, czy w tym kraju słucha się jeszcze oi-punka? A może jednak? Jeśli tak, to przepraszam, wyszła udana parodia. Na szczęście dalej jest dużo lepiej (przynajmniej muzycznie). Zespół wskakuje w klimaty raczej stoczniowe niż włókiennicze i mamy sporo fajnych jakby-jazzowych zagrywek gitary oraz przestrzenne efekty wibrafonu (chyba z klawisza, bo nie widzę w składzie tego instrumentu) w Świętym kiju od szczotki. Szkoda, że tekstowo utwór straszliwie pretensjonalny. Za to dużo fajniejszy song to Dziewczyny są jak kwiaty. Wiem, że sobie żartują, ale już nie w tak nachalny sposób. Skromniutki tekst, za to jaki rozmach kompozycyjny! Jest i majestatyczny riff, i kobieca wokaliza, i psychodelia prosto z lat 70. – fajny numer, jeden z moich ulubionych. To może skupmy się na tych właśnie kawałkach. List motywacyjny – to żwawy rock’n’roll w dobrym tempie (szkoda, że wokal za bardzo wysunięty do przodu, gitary się gubią). Poorfisza potrafi zachwycić oldskulowym klimatem, Poster ze św. Krzysztofem takoż (rewelacyjny filmowy temat, pięknie kołyszący kontrabas). Wszechstronność muzyków w pełni obrazuje ponaddziesięciominutowy killer Ministerstwo Gospodarki Wodnej Ostrzega. Stockholm wywołuje uśmiech na twarzy radykalnymi pomysłami (ostre gitary przechodzą w kabaret, a efekt trzeszczącej płyty po prostu bombowy!). Osobny pean na cześć zamykającego płytę Bez powodu. Zupełnie inny klimat, magiczny orientalny temat orkiestrowy (ciekawe jak go uzyskali) i nawet nie denerwujący wokal. Prawdziwa perełka. I to właśnie ten kawałek chciałbym wam polecić, choć nie jest w żaden sposób reprezentatywny dla całej płyty:




To w końcu dobra ta płyta, czy słaba? Cholera, nie wiem :) [m]




Strona zespołu:
http://www.myspace.com/przasniczki

Read more...

  © Blogger templates Newspaper by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP